lutego 20, 2018 0

Pierwsze treningi – jak udało mi się zmotywować?


Bardzo cieszy mnie fakt, że mogę napisać ten post, a samo założenie tego bloga napawa mnie radością! Z miłą chęcią będę tutaj dzieliła się z Wami moimi postępami i spostrzeżeniami.

A więc od początku. Fakt, że zostałam mamą sprawia, że dzielę czas na dwa okresy – przed ciążą i po ciąży. Myślę, że wiele z Was, Drogie Mamy, się tu ze mną zgodzi, bowiem pojawienie się na świecie maluszka zmienia życie o 180 stopni. Przed ciążą byłam osobą bardzo aktywną. Moją główną domeną było bieganie, później zaś nieco znudzona tą formą aktywności, zrezygnowałam z niej na rzecz treningów z Ewą Chodakowską. Często zdarzało się, że rano przed pracą biegałam, popołudniami jeszcze ćwiczyłam. Czułam się rewelacyjnie! Można powiedzieć, że byłam osobą szczupłą, zadowoloną ze swojego wyglądu. Niestety okres ciąży nie należał do najłatwiejszych. Z powodu zagrożenia od piątego miesiąca zostałam przykuta do łóżka – mogłam wstawać jedynie po to, aby zrobić sobie herbatę. Zatem moje wszystkie plany w postaci jogi, lekkich ćwiczeń fizycznych i basenu poszły w łeb! Możecie sobie wyobrazić, co coś takiego znaczy dla osoby przedtem wysportowanej. Długie dni spędzane w łóżku umilałam sobie jedzeniem, czego efektem było przybranie 24 kilogramów. Brzuszek miałam duży, pojawiły się na nim rozstępy. Dodajmy jeszcze opuchliznę spowodowaną hormonami, baby blues i mamy komplet... Do powrotu do ćwiczeń długo się zbierałam... myślałam, że to wszystko i tak nie mam sensu. Po co, skoro brzuch i tak nie będzie wyglądał jak przedtem. Dodatkowo moja negatywna postawa, że kiedy mąż jest w pracy, ze wszystkim muszę radzić sobie sama, że nie wychodzę z domu, że nie mam nikogo do pomocy, kto by choć na chwilę odciążył mnie w opiece nad dzieckiem. Naprawdę ciężko jest się zebrać w początkowych miesiącach życia maluszka. Jednak w końcu przyszedł taki moment, że synek zaczął być nieco bardziej „samodzielny” w tym sensie, że zaczął raczkować i potrafił zając się poszczególnymi zabawkami. Ja z kolei dość już miałam niezdrowego tłustego jedzenia, a słodycze wsuwane dzień w dzień popołudniu przestały smakować. Zaczęłam tęsknić za dawnym stylem życia, a ćwiczenia cały czas chodziły mi po głowie. I na nowo się ich podjęłam. Początkowo były one katastrofą i kończyły się zadyszką nawet przy tych najprostszych, ale z czasem szło coraz lepiej. Potem przyszła alergia i wysypka u synka  i nie miałam już głowy do niczego. Po dwóch, może trzech miesiącach przerwy znowu zaczęłam ćwiczyć – trwa to już dokładnie dwa tygodnie i mam na razie za sobą 12 treningów. Każdego dnia jem zdrowo. Co i jak, będziecie mogli obserwować tu na blogu. W środę pozwalam sobie na słodycze w wersji fit, a w soboty mam dzień oszusta na jeden obiad i deser. I muszę przyznać, odkąd jadam słodycze raz w tygodniu, smakują mi zdecydowanie bardziej niż zapychanie się byle jakim batonikiem codziennie. A staram się, aby był to naprawdę wyjątkowy deser. Więcej o swoich posiłkach będę wrzucała tu na blogu. Tymczasem wracając do treningów – po wrzuceniu swojej minimetamorfozy otrzymałam od Was wiele miłych słów, za które bardzo dziękuję, ale też pytań o treningi. Tak więc, jak już wspomniałam, ćwiczę wyłącznie w domu  - dojazd do siłowni nie wchodzi u mnie w grę. Zresztą nie mam takiej potrzeby. Pytacie które treningi? Wszystkie. Przeważnie wybieram opcje dla zaawansowanych, ale myślę, że nie ma to znaczenia, ponieważ każdy powinien dobrać ćwiczenia adekwatnie do swoich możliwości. Z racji tego, że wcześniej byłam aktywna, lubię te  programy, przy których trzeba się mocno napocić – Bikini, Turbo Spalanie, Hot Body, Metamorfoza, Sukces – mieszam wszystko. Czasami lubię chwycić za ketle.W soboty robię coś lżejszego, typu Secret czy Slim Fit. W niedzielę mam wolne. Efekty po 10 treningach widać na poniższych zdjęciach:


Bardzo się cieszę, że je zrobiłam, ponieważ nigdy nie uwierzyłabym, że po niecałych dwóch tygodniach może być coś widać. Być może jest to zasługa tego, że wcześniej też ćwiczyłam. Nie ukrywam, że nie mam problemu z gubieniem tłuszczu z okolic brzucha, gorzej jest z dolnymi partiami, nad którym trzeba dłużej pracować. I tak, ćwiczę z 11-miesięcznym berbeciem raczkującym po podłodze, pomiędzy porozrzucanymi zabawkami i nie, już nie szukam wymówek. Niekiedy muszę przerywać i biec po małego do kuchni, gdzie zaczyna bawić się karmą dla psa czy go przewijać (serio!). Ale zawsze szybciutko wracam do treningu. Czuję się o wiele lepiej i chcę kontynuować taki styl życia. Drogie mamy, nie przejmujcie się Waszym brzuszkiem po porodzie, u mnie rozstępy ładnie zbladły, tak że widać je tylko pod światło, a skóra dzięki ćwiczeniom ujędrniła się! Nie spodziewałam się tego, a jednak jest to możliwe. A więc Kochane Mamuśki! (i nie tylko mamuśki) Bierzcie maty pod pachę i zabierajcie się za swoją ulubioną aktywność. Ja Wam mówię, że naprawdę warto. Zaglądajcie na bloga, będę Was zachęcać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2018 Care about Me